Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 942 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Flaga do połowy podniesiona

poniedziałek, 27 kwietnia 2015 18:04

     Rzecz warta przemyślenia i na czasie. To zaskakujące a może wręcz szokujące, ale obraz Władysława Bartoszewskiego jaki wyłania się z  opublikowanych niedawno przez IPN wspomnień prof. Stanisława Salmonowicza z UMK  nie rysuje się wyłącznie w jasnych barwach. Może nawet skłaniać do pytania czy narodowa żałoba i flagi  opuszczone do połowy masztu po jego śmierci nie są przypadkiem flagami do połowy podniesionymi.

     Pochodzący z inteligencji kresowej związanej z obozem piłsudczykowskim i wychowany w kulcie tradycji niepodległościowej  Stanisław Salmonowicz poznał Władysława Bartoszewskiego w Krakowie jako młody człowiek  pod koniec roku 1956 w redakcji "Tygodnika Powszechnego".( "Pozostawałem pod ogromnym urokiem jego osobowości. Mówca i rozmówca to wyjątkowej klasy intelektualnej." )*.

     W kilka lat później ( 1965 )  Salmonowicz  dołączył do grupy osób współpracujących z Bartoszewskim w zbieraniu, opracowywaniu i przekazywaniu informacji emitowanych  na antenie Radia Wolna Europa. ( podczas swoich wyjazdów  na zachód kontaktował się z Tadeuszem Żenczykowskim, zastępcą dyrektora RWE Jana Nowaka-Jeziorańskiego, a przy tym przyjacielem  brata jego matki, członka Sztabu Głównego AK i wybitnego działacza podziemia opozycyjnego Ludwika Muzyczki).

    24 września  1970 roku, wówczas już doc. dr hab. Stanisław Salmonowicz, kierownik katedry historii państwa i prawa Polski oraz prodziekan wydziału prawa i administracji UMK, został zatrzymany przez SB, w taksówce ( podstawionej przez SB ) którą jechał z mieszkania Władysława Bartoszewskiego w Warszawie na lotnisko Okęcie. Samolot do Wiednia odleciał bez niego, chociaż-jak pisze w swoich wspomnieniach-esbecy zapewniali go, że samolot poczeka, o ile zgodzi się  podjąć współpracę z organami bezpieczeństwa.

  Podczas zatrzymania  w kieszeni płaszcza Salmonowicza funkcjonariusze SB znaleźli kartkę z odręcznymi notatkami dotyczącymi spraw, które miał przekazać Tadeuszowi Żenczykowskiemu na spotkaniu w Wiedniu ( jak zwykle miał zamiar  zniszczyć ją na lotnisku, prze wejściem do samolotu).

  Chociaż sytuacja była beznadziejna Salmonowicz nie tylko nie zgodził się na propozycję SB, ale stanowczo wyparł się swojej znajomości z Bartoszewskim i przynależności do kręgu osób współpracujących z RWE. Takie zachowanie zgodne było z obowiązującymi w jego środowisku zasadami konspiracji ( "żadnych nieoficjalnych rozmów z SB, żadnych wyjaśnień. Odmawiać, przeczyć i czekać na to co dalej."). Jego następstwem był ponad czteromiesięczny areszt w osławionym więzieniu na Rakowieckiej.

   W trakcie licznych, wielogodzinnych przesłuchań, esbecy wielokrotnie nie kryli zdziwienia, że  Salmonowicz konsekwentnie  stara się swoimi wyjaśnieniami chronić Bartoszewskiego, podczas gdy ten pozostaje na wolności, a SB  poprzestało na wyjaśnieniu z nim pewnych spraw na drodze nieoficjalnej. ( "Te rewelacje traktowałem raczej jako prowokację. Długo trwałem w przekonaniu, że skoro Bartoszewski jest głównym podejrzanym, to naturalnie także on siedzi.(...) Dopiero jakiś czas po wyjściu z aresztu dowiedziałem się, że rzeczywiście Władysław Bartoszewski nie został nigdy formalnie aresztowany i zgodził się na jakieś nieoficjalne rozmowy poza oficjalnymi przesłuchaniami na których wszystko negował. Spotykał się m.in. z wyższym oficerem SB płk Janicem, o czym po latach pisał w swoich "Dziennikach" Stefan Kisielewski.")

   Sięgnijmy zatem  do wydanych po raz pierwszy  w roku 1996 dzienników Stefana Kisielewskiego, z tą może istotną uwagą, że swoje spostrzeżenia, także dotyczące wpadki współpracowników RWE, spisywał  na bieżąco, licząc się nawet z tym, że mogą one wpaść w ręce SB .

    3 listopada 1970 :" Byłem u Władka B., na gruzach jego biblioteki. Rewizję zrobiono mu 27-godzinną, zabrano z 700 kilogramów książek i to często zupełnie niewinnych (...)Był wielokrotnie przesłuchiwany, aresztowano też kilka osób, chodzi o "Wolną Europę". Co gorsza na mieście ukazał się obrzydliwy anonim (...)  anonim ów oskarża Bartosza, że jego współpracownicy siedzą w więzieniu za "WE", a jemu nic, wyjeżdża sobie, kiedy chce za granicę i ma żonę aktywistkę partyjną. Słowem klasyczna prowokacja w stylu carskiej Ochrany, czy też Stalina (…) Jeden porządny ubek, co go przyjął, to ów pułkownik Janic, z którym ja kiedyś jako poseł załatwiałem sprawę wyjazdów Bartosza, kiedy go jeszcze w ogóle za granicę nie puszczano. Pułkownik J. zaprosił nawet Władka do domu na wódkę (!) i na swój sposób okazał mu współczucie-cóż z tego, kiedy on sam już zdaje się ledwie siedzi i lada chwila pójdzie na emeryturę. Biedny Władek-nawet nie wiem, czy o tej sprawie pisać, bo jak ten zeszyt wpadnie im w łapy, to mnie powieszą za…”

   Tyle Stefan Kisielewski. Wracajmy do wspomnień prof. Stanisława Salmonowicza: „Wedle wypowiedzi samego Władysława Bartoszewskiego wydrukowanych kilka lat temu, przeprowadził on znakomitą „grę” z SB, z której wyszedł zwycięsko, niczego nie ujawniając. (…) Jak wyglądały rozmowy nieoficjalne Bartoszewskiego z SB nie wiem do dzisiaj, nie udzielił on nigdy w tej mierze konkretnych informacji, a jedynie podkreślał swój spryt i niezłomność. Dlaczego jednak przez lata miał pretensje do całego swojego otoczenia, a nie do siebie za brak czujności nigdy nie wyjaśnił. Trudno, bym nie miał o to do niego pretensji!. Pozostał w glorii męczennika, a innym pozostawił wyłącznie kłopoty.(…) Wedle dzisiejszej wiedzy władze ( zarówno przed upadkiem Gomułki, jak i w pierwszych miesiącach rządów Gierka) toczyły spory czy rozważały różne opcje, co do rozwiązania sprawy Władysława Bartoszewskiego. Z jednej strony próbowano go skompromitować jako osobę, która podjęła jakąś formę współpracy z SB, z drugiej ciągle spekulowano, czy rzeczywiście go nie skłonić do takiej współpracy w zamian za obietnicę bezkarności. Ostatecznie jak się zdaje, przeważył wzgląd na pozycję Bartoszewskiego w środowiskach żydowskich i ewentualne echa międzynarodowe, gdyby podjęto w stosunku do niego zdecydowane kroki represyjne.

   To stwierdzenie, jednak nie koliduje z dość niejasnym obrazem tej sytuacji. Z jednej strony Bartoszewski oficjalnie zdecydowanie odmawiał  przyznania się do winy i udzielania wyjaśnień. Równocześnie jednak, jak już wówczas wiedziano w bliskich mu kołach, nie odmówił zaproszenia do rozmów nieoficjalnych, nieprotokołowanych, które odbywały się bądź w mieszkaniu prywatnym płk Janica, bądź w tzw. lokalach kontaktowych SB, wygodnych i dyskretnych, głownie w hotelach warszawskich (…) Nie da się zaprzeczyć, że Bartoszewski godząc się na nieoficjalne rozmowy, nawet jeśli w żadnej sprawie nie posunął się za daleko, ogromnie jednak ułatwił działania dywersyjne SB.”

  W ocenie prof. Salmonowicza, opartej o wiedzę zaczerpniętą z akt IPN, rozpracowywanie przez SB środowiska Władysława Bartoszewskiego zaczęło się od wydarzeń marcowych i kampanii antysemickiej. Zarówno jednak on sam, jak i żaden z doborowych konspiratorów w środowisku Bartoszewskiego nie zauważyli że przynajmniej od zimy 1970 roku są   nieustannie inwigilowani, co gorsza lekceważyli zasady konspiracji ( m.in. nadmierny krąg osób wtajemniczonych w sprawy współpracy z RWE) .

(„ Do Bartoszewskiego mam pretensję głownie o to, iż nigdy nie usiłował spraw tych wyjaśnić (…), że miast przyznać, że był lekkomyślny, wolał atakować tych, którzy mieli słuszne podstawy, by krytykować jego poczynania (…) wolał mnie bezzasadnie ganić, ale któż w „salonach warszawskich” ujmowałby się za „jakimś docentem”, jak się raczył o mnie parokrotnie wyrazić, ewidentnie mijając się z prawdą, co do naszych wieloletnich stosunków.”)

Prof. Stanisław Salmonowicz został zwolniony z aresztu w styczniu roku 1971. Tego samego roku w lutym został wyrzucony z uczelni. We wrześniu postępowanie karne w sprawie współpracy z Radiem Wolna Europa i tym samym działanie na szkodę ludowej ojczyzny, zostało umorzone ze względu na znikome niebezpieczeństwo społeczne zarzucanych mu czynów. Władza po grudniowym przesileniu, okazała się przynajmniej z pozoru dobrotliwa. Z pozoru, ponieważ Stanisław Salmonowicz przez lata był źle widziany, nieustannie inwigilowany i pomijany w awansach.

(„ Do dziś chyba nikt nie zdaje sobie sprawy, co to oznaczało przed rokiem 1980 występować jako dysydent w małym mieście. To nie był komfort Stefana Kisielewskiego czy Tadeusza Konwickiego w Warszawie. W Toruniu, chyba aż po koniec lat siedemdziesiątych, byłem jedyną osobą oficjalnie uznaną za wroga ludu i pilnie strzeżoną przez SB. Przez szereg lat pozostawałem stale na podsłuchu, wszystkie moje kontakty były bez przerwy kontrolowane, w latach siedemdziesiątych grono okazyjnie, czy stale na mnie donoszące w samym Toruniu liczyło około 15 osób ,m.in. profesorowie Jerzy Śliwowski i Marian Kallas.(…) Kłopoty z 1970 roku, w ogromnej mierze, określiły moje dalsze losy i na długie lata uczyniły mnie w systemie PRL, aż do jego upadku, osobą trzecie kategorii, potem zresztą tez nie mogłem już nadrobić straconego czasu.”)

   Latem roku 2006 Władysław Bartoszewski odwiedził Toruń promując swoją książkę „Warto być przyzwoitym”. Nic mi nie wiadomo aby spotkał się przy okazji z prof. Stanisławem Salmonowiczem. Może szkoda mu było czasu dla „jakiegoś docenta” naiwnego patrioty, który  w życiu kierował się zasadami mającymi się nijak do reguł wielkiej polityki.   

 

*)- wszystkie cytaty pochodzą ze wspomnień prof. Stanisława Salmonowicza "Życie jak osioł ucieka..."  wydanych  w roku 2014 przez gdański oddział IPN


oceń
52
0

Coraz bliżej do Bawarii

czwartek, 23 kwietnia 2015 8:33

 

   W rozmowie poświęconej autorowi "Blaszanego bębenka" Guenterowi Grassowi gdański pisarz Paweł Huelle przypomina w GW: "Grass jako jeden z pierwszych znaczących twórców w powojennej kulturze niemieckiej publicznie, zdecydowanie powiedział, że jakiekolwiek dysputy na temat powrotu tzw. niemieckich ziem wschodnich do Heimatu są bzdurą. Mówił: to jedyna prawdziwa cena,  jaką my, Niemcy, musimy zapłacić za nasze niesłychane zbrodnie w Europie, zwłaszcza wschodniej, zwłaszcza w Polsce. I trzeba się z tym pogodzić.

Był przez to znienawidzony przez niemiecką prawicę a jego długoletni konflikt z koncernem Passauer Neue Presse, który go opluwał, też rozgrywał się na tym tle."

   Nazwa tego niemieckiego koncernu pochodzi od  tytułu jednej z pierwszych w powojennych Niemczech gazet, którą w roku 1946 zaczęto wydawać  w bawarskiej miejscowości Passau znajdującej się w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Jej właścicielem i wydawcą był Hans Kapfinger, który  jeszcze w latach dwudziestych ub. wieku pisał paszkwile przeciwko NSDAP i Hitlerowi. Aresztowany przez Gestapo przeżył wojnę, ale jego krytyczny stosunek do nazizmu nie przekładał się na linię programową  koncernu. Dziennikarze Passauer Neue Presse przewodzili w nagonce na kanclerza Willy Brandta, rzecznika normalizacji kontaktów NRF z krajami bloku wschodniego, w tym przede wszystkim z Polską. Z wściekłością atakowali też Guentera Grassa za jego wypowiedzi na temat "utraconych ziem wschodnich".

   Na przełomie lat 80/90 ub. wieku koncern, wspierany przez niemieckiego giganta medialnego Bertelsmanna zainwestował znaczne środki w zakup wielu tytułów prasowych w Austrii i Czechach, a następnie w Polsce.

   Polska Presse, polska filia koncernu, który od roku 2000 stał się częścią niemieckiej grupy medialnej Verlagsgruppe Passau, jest obecnie właścicielem i wydawcą większości regionalnych tytułów prasowych i portali  w Polsce oraz 6 drukarń. W ubiegłym roku koncern przejął także "Gazetę Pomorską" , "Nowości" i "Express Bydgoski" ( dwa ostatnie tytuły od innego niemieckiego wydawcy Rheinische Post).

  Już piętnaście lat temu  podczas pobytu w Gdańsku wykupywanie przez niemieckie koncerny medialne prasy w Polsce Guenter Grass nazwał skandalem, mogącym w przyszłości bardzo negatywnie rzutować na stosunki polsko - niemieckie.

   Wychodzi na to, że obawy i przestrogi Grassa były jedynie wołaniem na puszczy, a koncern, który próbował go przed laty zniszczyć w Niemczech przejął główny tytuł prasowy w mieście co rusz przypominającym o wspólnej, literackiej nagrodzie Torunia i Getyngi, której pierwszym laureatem został Guenter Grass właśnie.

  Może warto byłoby przy najbliższej okazji przypomnieć, za co właściwie  Grassowi tę nagrodę przyznano, najlepiej w artykule zamieszczonym w toruńsko - niemieckich, a może już niemiecko - toruńskich "Nowościach".

  Tytuł gazety też się płynnie tłumaczy na niemiecki ,tak że w przyszłości nie będzie problemu. Na szczęście Grass już tego nie zobaczy.

   PS.Furtkę dla wykupienie przez niemiecki kapitał toruńskiego ( nie tylko z nazwy) dziennika "Nowości" otworzyli w połowie lat 90-tych ub. wieku sami  radni toruńscy, wyrażając zgodę  na sprzedaż Niemcom budynku redakcji. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że historia ich z tego surowo rozliczy.


oceń
53
0

Wiosna w Toruniu

czwartek, 16 kwietnia 2015 21:08

,

tablica plan miasta.JPG

Nadeszła wiosna, ożyła  toruńska Starówka, coś wyłazi spod zmurszałych murów,  czyżby to nowe ustępowało staremu?.

 

 


oceń
40
0

Kilka uwag o teatrze prowincjonalnym

poniedziałek, 13 kwietnia 2015 9:11

 

   Duża ilość zgłoszeń w konkursie na stanowisko dyrektora teatru w Toruniu dowodzi, że wbrew powszechnemu krakaniu i czarnowidztwu, teatr  w Polsce się nie kończy, lecz wręcz przeciwnie, wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem. Może niekoniecznie widzów, ale ciągle jest  to atrakcyjne miejsce pracy dla osób mających aspiracje kierownicze, bardziej przy tym menadżerskie, aniżeli artystyczne. Teatr, a zwłaszcza teatr prowincjonalny,  jest bowiem dzisiaj miejscem wielu wydarzeń daleko wybiegających poza jego klasyczną definicję, co wymaga od kadry zarządzającej dodatkowych umiejętności. Kiedyś taką cenną zaletą było omijanie pułapek cenzury i upijanie towarzyszy  z partyjnych pionów kultury w garderobach, dzisiaj liczy się bardziej skuteczne wysysanie pieniędzy z różnych źródeł, często z działalnością kulturalną niemających nic wspólnego. W przypadku teatru toruńskiego tym bardziej znaczące, że jako instytucja kultury finansowana przez Urząd Marszałkowski w kolejce po pieniądze znajduje się gdzieś pomiędzy Kołami Gospodyń Wiejskich a "Gęsiną na św. Marcina".

   W tej sytuacji repertuar jest co najwyżej uzupełnieniem strategii trwania teatru bardziej jako miejsca pracy i symbolu jego dawnej świetności, aniżeli jako wysokiej klasy placówki artystycznej. Stąd też dyskusja nad jakością, a zwłaszcza przydatnością poszczególnych przedstawień w ogóle nie ma sensu, skoro bardziej aniżeli wybitne kreacje liczy się dzisiaj w teatrze wielkość foyer pozwalającego organizować bankiety, studniówki,wesela i różnego rodzaju iwenty, niekoniecznie z kulturalnymi ambicjami. Zwracał na to ostatnio uwagę Marek Żydowicz przy okazji dyskusji na temat funkcjonalności  budowanej sali koncertowej na Jordankach, a na co dzień praktykuje dyrektor Opery Nova w Bydgoszczy Maciej Figas, zapewne  bardzo niechętnie, ale jednak.

  Odchodząca po prawie dwudziestu latach dyrektorowania*  Jadwiga Oleradzka powiedziała w jednym z wywiadów prasowych, że przejęła teatr po swojej poprzedniczce Krystynie Meissner, twórczyni festiwalu "Kontakt" i wielkiej indywidualności , w finansowej i technicznej ruinie, a pozostawia go gruntownie odnowiony i rozbudowany, z zespołem, któremu dyrekcja nie zalega z wynagrodzeniem. I z frekwencją na widowni też było zupełnie nieźle, przynajmniej statystycznie. Zwłaszcza, że nie jest to statystyka pozwalająca jak w przypadku Centrum Sztuki Współczesnej sumować frekwencję na seansach filmowych z odwiedzającymi wystawy.

  Jak to teraz będzie dalej wyglądać? Sądząc po fakcie, że komisja konkursowa jest prawie równie liczna jak ilość uczestników konkursu, a wymagania nie odbiegają od obsady dzielnicowego domu kultury,  rozstrzygnięcie może być zaskakujące. Ale to w niczym nie zmienia  tego wszystkiego, co napisałem powyżej. Ktokolwiek zostanie dyrektorem toruńskiego teatru, nadal to będzie dobrze utrzymany teatr prowincjonalny, z przeciętnym zespołem i plączącymi się po kątach duchami wielkich spektakli, które tutaj tworzono i grano przed laty na niezapomnianych festiwalach Teatrów Polski Północnej. Bez widoków na powrót do dawnej świetności i bez jakiegokolwiek wpływu na nasze życie. Bo już od dawna życie w naszym kraju to nie teatr, życie to już nie jest "kolorowa maskarada".

*)-Najdłuższa w historii toruńskiego teatru ( czyli od roku 1906 ) kadencja dyrektor  Jadwigi Oleradzkiej nie jest wartością samą w sobie, podobnie jak nie jest wartością samą w sobie  wieloletnie okupowanie stanowiska kierownika studenckiego klubu "Od Nowa" przez kolegę Maurycego Męczykalskiego. O ile jednak w tym drugim przypadku możemy doszukiwać się symptomów patologicznych, to wieloletnie panowanie  dyrektor Oleradzkiej świadczy raczej o tym, że za sprawą jej dominującej nad otoczeniem osobowości w toruńskim teatrze czas zastygł w miejscu. A teraz chce się go na gwałt przyspieszyć przekręcając na siłę sprężynę zegara.

PS.W dyskusji nad przyszłością toruńskiego teatru, po erze dyrektor Oleradzkiej, niepokojąco zabrzmiała wypowiedź teatrologa z Katedry Kulturoznawstwa UMK dr hab.Artura Dudy. Zapytany o ocenę jednej z konkursowych kandydatur radnej Joaanny Scheuring-Wielgus stwierdził, że wprawdzie nie ma za wiele teatralnego doświadczenia, być może jednak potrafi nauczyć się szybko tego teatru, choć to delikatna materia.

   Podobnych argumentów używano w czasach kierowniczej siły narodu ( PZPR)  w stosunku do partyjnych pupili rekomendowanych na stanowiska do których nie mieli  żadnego przygotowania. Oni też potrafili się szybko uczyć.


oceń
41
1

Zamiast rekolekcji Wielkopostnych

środa, 01 kwietnia 2015 8:21

 

   -Człowiek jest wolny, aby mógł być ukarany-. Słowa te wypowiada w książce Jose Saramagi "Ewangelia według Jezusa Chrystusa"  jeden z uczonych w piśmie odpowiadający na pytania i dający rady pielgrzymom na dziedzińcu Świątyni Jerozolimskiej.

   Wolność, którą jeszcze niedawno tak się zachłystywaliśmy, ma-jak widać-swoją cenę i chociaż dla każdego jest ona inna i w innym czasie przyjdzie ją zapłacić, nie można się od tego wymigać. Kara za lekkomyślność, naiwność, zbytni optymizm, egoizm, pięknoduchostwo, lenistwo i nadmierną wiarę w cuda, która wielu z nas już dotknęła, jest niczym innym, tylko konsekwencją wolności właśnie.

   Mamy grzechy wolności lżejsze i cięższe. Te najpoważniejsze, jeśli wierzyć słowom Jose Samaragi, włożonym w usta Jezusa z Nazaretu, nie giną wraz z karą, lecz stanowią część spadku dziedziczonego po ojcu przez syna. Tak więc są takie grzechy i takie winy, których nie może odkupić jedno pokolenie. Nie zapominajmy o tym i wystrzegajmy się ich, a łatwiej nam będzie przedzierać się przez codzienność. Niekoniecznie z zagryzionymi wargami i dłońmi zaciśniętymi w pięść.


oceń
33
1

sobota, 21 października 2017

Licznik odwiedzin:  180 399  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Komentarz do aktualnych wydarzeń społecznych, politycznych i obyczajowych w kraju, regionie, mieście, zagrodzie.

O mnie

Andrzej Szmak - absolwent wydziału prawa UMK w czasach wczesnego Gierka, zbrojarz-betoniarz (Ramdi- Irak),dziennikarz (ITD, Przegląd Tygodniowy, Wprost, Przegląd Sportowy, Polskie Radio, Polska Kronika Filmowa,dyrektor programowy TVP w Bydgoszczy za kadencji Brunatnego Roberta), urzędnik XVIII rangi, dyrektor Biura Toruńskiego Centrum Miasta.W poprzednim wcieleniu - Andreas Schmack, burgrabia i prezydent Chełmna (dawniej Culm) w latach 1676-92.
Medali wojennych brak, ważne odznaczenia ministerialne:"zasłużony dla kultury polskiej".
http://twitter.com/aszmak

Statystyki

Odwiedziny: 180399

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl