Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 321 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Było jak było, bo inaczej być nie mogło?

sobota, 30 stycznia 2016 21:12

   Nie wiadomo po co  Towarzystwo Miłośników Torunia wydało obszerną autobiografię Zefiryna Jędrzyńskiego, pracownika frontu ideologicznego i redaktora prasy partyjnej („Gazeta Pomorska”, „Nowości”) w regionie kujawsko-pomorskim w ostatnim ćwierćwieczu Polski Ludowej.

   Młody dziennikarz „Nowości” Tomasz Bielicki zachęcając do lektury książki „Było jak było”, przekonuje czytelników, że „napisana świetnym piórem” jest nie tylko podróżą przez życie autora, ale i fascynującą opowieścią o dziennikarstwie w latach 70-tych i 80-tych ub. wieku.

   Wygląda mi na to, że autor recenzji nie tylko nie przeczytał ksiązki, ale nawet jej pobieżnie nie przejrzał.

    Pomimo upływu lat i brutalnej weryfikacji dziejowej Zefiryn Jędrzyński w swej autobiografii wznosi się bowiem na wyżyny marksistowskiego samouwielbienia, czerpiąc głęboką i jak się okazuje nieprzemijającą satysfakcję nie tylko z faktu posiadania orderu Sztandaru Pracy II klasy, ale i kolekcji limitowanych przepustek na partyjne konwentykle, imiennych kart wstępu na trybuny obchodów 1-majowych czy autografu samego I sekretarza KC gen. Jaruzelskiego.

   No, ale to jeszcze od biedy można zrozumieć i wytłumaczyć tęsknotą za czasami, które już nigdy nie wrócą. Gorzej, że autor pomimo sędziwego wieku zamiast nabrać dystansu do minionych wydarzeń i samego siebie, prześlizguje się po wielu z nich w sposób pokrętny albo wręcz je przemilcza.

Dotyczy to między innymi okresu 1975-81, kiedy z partyjnego nadania był redaktorem naczelnym „Nowości”. Jędrzyński pisze, że towarzysze skierowali go na to odpowiedzialne stanowisko z zadaniem zlikwidowania deficytu i zwiększenia poczytności gazety, której zaledwie po kilku latach istnienia groziła likwidacja. Jej organizatorem i pierwszym redaktorem naczelnym był Henryk Jankowski, wprawdzie także członek partii, ale niepasujący do nowego układu władz, jaki powstał w Toruniu po utworzeniu województwa. Towarzysze z Bydgoszczy usamodzielnienie się Torunia przeżywali boleśnie i robili wszystko, aby najważniejsze stanowiska w nowym województwie obsadzić swoimi ludźmi. Doszło do tego, że z Bydgoszczy przysłano nawet komendanta straży pożarnej i prezesa Towarzystwa Miłośników Torunia.  Sekretarzem KW Partii został oddelegowany z Warszawy serdeczny przyjaciel Jędrzyńskiego z czasów studiów na UMK, późniejszy minister kultury, Zygmunt Najdowski. Teraz trzeba się było tylko pozbyć red. Jankowskiego. Został odwołany nie z powodu złej kondycji ekonomicznej gazety, jak pisze Jędrzyński, ale pod pretekstem opublikowania w „Nowościach” kolumny satyrycznej, na której ukazały się, zdaniem partyjnych bonzów, materiały szydzące z nowych władz wojewódzkich. Chodziło głównie o rysunek autorstwa red. Staszka Świątka z podpisem, o ile dobrze pamiętam,: ”podpisać też się trzeba po wojewódzku”.

    Ale o tym w książce  nie ma ani słowa. Podobnie, jak o słynnej aferze loterii fantowej, którą za jego czasów organizowała „Gazeta Pomorska”. Otóż na skutek nigdy niewyjaśnionych okoliczności, mówiło się głośno o opilstwie, podczas którejś z edycji wszystkie wygrane losy trafiły do jednego kiosku „Ruchu” w Świeciu. Zaczęło się od traktora, a ostatni szczęśliwi nabywcy losów załapali się jeszcze na odkurzacze ( opisywałem to wydarzenie w reportażu w "Przeglądzie Tygodniowym")

   Brakuje też w książce choćby krótkiego opisu słynnej awantury, jaka miała miejsce w tzw. ”Dołku” czyli dobrze zaopatrzonym bufecie „Gazety Pomorskiej” w budynku redakcji przy ulicy Śniadeckich w Bydgoszczy. W czasie mocno zakrapianego (w „Gazecie” piło się na potęgę) bankietu ślubnego jednego z dziennikarzy redaktor naczelny Zefiryn Jędrzyński został  po gorącej wymianie zdań obrzucony całym półmiskiem jaj w majonezie. Nie wyrzucił jednak sprawcy ekscesu z pracy, a jedynie kazał mu opłacić rachunek za czyszczenie garnituru, niecałe 70 złotych. Ludzki był z niego naczelny.

 Próżno też szukać w książce jeśli nie katalogu to choćby kilkunastu nazwisk donosicieli, tajnych współpracowników i  kadrowych oficerów SB, których także w lokalnej prasie  było zatrzęsienie.

  To mogłaby być naprawdę pasjonująca lektura. Niestety, poza  pierwszymi rozdziałami opisującymi lata dziecięce i wczesnej młodości, oraz części poświęconej prof. Konradowi Górskiemu jest nudna jak flaki z olejem, upstrzona partyjnymi i księgowymi dokumentami a jej język i styl przypomina ciężkostrawny belgijski sos, na dodatek mocno przypalony. Jeśli kogoś może fascynować, to wyłącznie badaczy epoki.

   Aneks obejmujący m.in. wszystkie, nawet najdrobniejsze publikacje autora, zdaje się świadczyć, że prawdziwym powołaniem Zefiryna Jędrzyńskiego, absolwenta wydziału humanistycznego i dobrze zapowiadającego się pracownika naukowego o wzorcowym marksistowskim światopoglądzie, była chyba jednak archiwistyka. Gdyby poszedł tą drogą dzisiaj byłby zapewne, ubogim wprawdzie,ale szanowanym emerytowanym prof. zwyczajnym UMK o niekwestionowanym dorobku naukowym. A tak pozostanie na zawsze partyjnym redaktorem ( z przydziałem na "warburga") robiącym w propagandzie regionalnego szczebla. To jednak trochę daleko od prawdziwego dziennikarstwa, nawet w tamtych czasach.

PS. Na str. 229 książki autor pisze z wyrzutem, że w okresie, kiedy byłem redaktorem naczelnym „Nowości” (1990-1995) chętnie publikowałem jego zdjęcia na trybunie pierwszomajowej i w ogóle w towarzystwie działaczy partyjnych, nie wspominając nigdy o dorobku w redagowaniu gazety. ( Zefiryn Jędrzyński przypisuje sobie  wszystkie najważniejsze osiągnięcia gazety, przynajmniej w pierwszym 35-leciu.( str. 231) Nieco wcześniej (str.223) pisze:" Byłem szarą eminencją życia kulturalnego w województwie. Pomagałem kulturze szczerze i gorliwie".  Z tego co pamiętam przede wszystkim zgodnie z wytycznymi partii).

   Sadząc po nasyceniu książki partyjną ikonografią zdjęcia zamieszczane przeze mnie przed laty w „Nowościach” w cyklu „Z archiwum PRL-u” mogły być tylko dodatkowym źródłem satysfakcji i dobrego samopoczucia tow. Jędrzyńskiego. Nie jestem też pewien, czy okazałe zdjęcie z sekretarzem Gierkiem podczas roboczej wizyty w Toruniu, które zawiesiłem wiele lat później w barze „Miś” na Rynku Staromiejskim, w stosownej odległości od jadłospisu, nie jest przypadkiem jedynym , na którym ciągle można zobaczyć tow. red. Jędrzyńskiego w latach jego świetności. Wprawdzie w dalszym planie, ale zawsze.

 A „dorobek w redagowaniu gazety” to tylko nawóz dla kolejnych ekip „Nowości”. Co na nim wyrośnie nie zależy już od nas. Z całą pewnością niemieccy właściciele gazety starannie dbają o to aby plon był obfity i lekkostrawny.

PS. Bydgoska sekcja dziennikarzy starszych prostuje, ze słynne wydarzenie w "Dołku" miało miejsce w czasach kiedy  Zefiryn Jędrzyński był zastępcą redaktora naczelnego GP. Naczelnego GP red. Garlickiego nikt jajkami w majonezie nie obrzucał.

***

Poniżej historyczne zdjęcie z wizyty tow. Gierka w Toruniu w połowie latach 70-tych XX wieku, na pierwszym planie po lewej stronie obok genseka Zygmunt Najdowski – I sekretarz KW PZPR w Toruniu, serdeczny przyjaciel red. Zefiryna Jędrzyńskiego, na zdjęciu zaznaczony kółkiem. Proszę zwrócić uwagę na wyraz twarzy gen. Jaruzelskiego wpatrzonego w tow. Gierka jak w obraz Matki Boskiej.

 

zefiryn.jpg


oceń
71
9

Excentrycy w urzędzie

poniedziałek, 18 stycznia 2016 10:33

 

  

   Padają pytania, czy lepiej było dołożyć 3 miliony złotych na produkcję filmu Janusza Majewskiego "Excentrycy" ( w kinach od 15 stycznia), czy też przeznaczyć na co innego, choćby książki dla bibliotek szkolnych. Otóż sprawa nie jest prosta. Skoro już w kujawsko-pomorskim Urzędzie Marszałkowskim stworzono  fundusz filmowy, a nie jest to praktyka w Polsce powszechna, to należy tylko pogratulować, że wykorzystano go do wsparcia realizacji filmu tak markowego reżysera jak Janusz Majewski ( "Zaklęte rewiry", "CK Dezerterzy"). Tym bardziej, że film powstał na podstawie książki Włodzimierza Kowalewskiego, pochodzącego z Olsztyna, ale od lat związanego z Toruniem, absolwenta UMK, laureata prestiżowej nagrody im. Bogumiła Lindego przyznawanej przez miasta partnerskie Toruń i Getyngę. Na dodatek fabuła książki i filmu  osadzona jest w Ciechocinku końca lat 50-tych, a miejscami  pojawia się w niej także Toruń, nawet Nieszawa. Wspomina się też o Bydgoszczy w postaci sekretarza wojewódzkiego partii. Niestety sekretarza wojewódzkiego w filmie nie ma. Majewski zastąpił go Rosjaninem w mundurze polskiego generała, co ma swoje uzasadnienie, bo w tamtych czasach Rosjan udających polskich oficerów było mnóstwo z marszałkiem Rokossowskim na czele, a sekretarzy partii jakby mniej.

  Jednym słowem wszystko pasuje, promocja regionu jak najbardziej. Wprawdzie Ciechocinek w końcu lat 50-tych ubiegłego wieku to było żałosne wspomnienie po przedwojennej świetności, ale reżyser ocieplił jego wizerunek  współczesnymi ujęciami tężni i otoczenia pięknie zrewaloryzowanego niedawno za unijne euro. Podobnie rzecz się ma z promem na Wiśle w Nieszawie, który jest jak najbardziej współczesny, a tego autentycznego należy raczej szukać w filmie przed wielu laty nakręconym w Nieszawie "Wiosna panie sierżancie". 

   Z kolei współczesne ujęcia czystej i  urokliwej toruńskiej Starówki podstylizowano tylko z lekka dodając kilka  tekturowych szyldów i słupów ogłoszeniowych, nie zawsze zresztą sensownie, bo napis "Od nowa" nad wejściem do Dworu Artusa nic nie mówi, nie jestem nawet pewien, czy w roku 1958 klub studencki już w tym miejscu działał. Tak czy inaczej to ładny gest ze strony realizatorów filmu bo toruńska starówka w końcówce lat 50-tych była brudna i szara i taką w zasadzie pozostała aż do przełomu wieków ( tak właśnie ją pokazano w filmie Doroty Kędzierzawskiej "Wrony").  

   Szkoda też, że w ujęciach z Sali Wielkiej Dworu Artusa, też pięknie odnowionej, już po obaleniu komuny, nie pojawia się imponującej wielkości malowidło przedstawiające drugi pokój toruński, które w latach pięćdziesiątych z całą pewnością tam wisiało, a dzisiaj można je oglądać po drugiej stronie, w Muzeum Okręgowym. Nie jestem wprawdzie pewien, czy dyrektor Rubnikowicz by obraz wypożyczył na potrzeby filmu, ale to człowiek praktyczny i pragmatyczny, pewnie dałoby się dogadać, zwłaszcza, gdyby coś z dotacji wojewódzkiej skapnęło także do kasy Muzeum.

 Wracając do książki wydanej przed dziesięciu laty, którą pewnie mało kto czytał, Janusza Majewskiego zauroczyło w niej przede wszystkim osadzenie fabuły w klimacie muzyki jazzowej tamtych lat, czyli swingu, nieśmiało próbującego się przebić przez oficjalnie zalecane nurty muzyczne.

   W filmie reżyser pominął wiele książkowych wątków zwłaszcza z silnie rozbudowanymi odniesieniami gejowskimi, z korzyścią dla widza, dodał kilka swoich pomysłów, zaangażował aktorów z najwyższej polskiej półki  ( Maciej Sthur, Pszoniak, Bohosiewicz,  rewelacyjna Anna Dymna w roli właścicielki znacjonalizowanego pensjonatu i babci klozetowej na państwowym etacie) i stworzył film, który z całą pewnością wart jest obejrzenia.

   Jerzy Iwaszkiewicz napisał  w "Vivie" :" Lata 50.Jazz i obyczaje, i polityka tamtych lat, i tyle seksu ile trzeba. Film zapowiada się na sensację." Wszystko się zgadza, może za wyjątkiem seksu reprezentowanego  przez aktorkę Natalię Rybicką ( serial "Londyńczycy") wcielającą się w filmie w postać tajemniczej Modesty. Otóż napisaliśmy kiedyś w "Przeglądzie Tygodniowym" przy okazji  festiwalu sopockiego, że prowadząca koncert Alicja Resich-Modlińska, ma tyle temperamentu, że gdyby osa wleciała jej za dekolt to umarłaby z nudów. I w zasadzie to samo można powiedzieć o Rybickiej  w filmie "Excentrycy".

   Czy film będzie sensacją to się okaże. Na bezpłatnej prapremierze z udziałem reżysera i autora scenariusza  w auli UMK były tłumy, ale już  na premierowych seansach w kinach Cinema City ledwie po kilkanaście osób.

   Producenci filmu pięknie podziękowali w napisach tyłowych marszałkowi Całbeckiemu, prezydentowi Torunia  oraz senatorowi Wyrowińskiemu co świadczy, że są dobrze wychowani bo mogli się ograniczyć do informacji o wsparciu finansowym przedstawionej w czołówce. Ile to wszystko było warte, można rzecz jasna dyskutować. Reżyser Janusz Majewski  jest już wprawdzie w wieku leciwym i nie wiadomo czy jeszcze nakręci jakiś film, ale obiecał publicznie , że gdyby jednak nakręcił to niezależnie od tematyki jakieś obrazki z Torunia postara się do niego wcisnąć, nie powiedział tylko za ile. O Bydgoszczy niestety,  nie wspomniał.

PS. Na stronie 35 wznowionej niedawno książki  Włodzimierza Kowalewskiego  trafiłem na taki ustęp: "Już w pociągu usłyszałem to słowo. Wszyscy o niczym innym nie gadali, tylko o telewizorach, ewentualnie poszukiwali 'czwartego do brydża". To chyba teraz narodowa gra ? Brydż w zatłoczonym wagonie, wyszmelcowana teczka na kolanach jako stolik."

   Otóż zarówno pod koniec lat 50-tych jak i jeszcze wiele lat później narodową grą w zatłoczonych pociągach , zwłaszcza lokalnych  była "baśka", ewentualnie "skat" na Śląsku, nie zaś inteligencki brydż. W "baśkę" rżnęła zwłaszcza brać kolejarska, która tą niezbyt skomplikowaną grę 16 kartami doprowadziła do takiej perfekcji, że już po pierwszym wiście gracze wiedzieli jak zakończy się rozdanie. Grano oczywiście na pieniądze, stawki były  niewysokie, ale na trasie Toruń Główny- Bydgoszcz Leśna  wytrawny gracz potrafił wygrać nawet kilkanaście  złotych ( paczka najtańszych papierosów "Sport" kosztowała 1,50 zł.).

 

   

 

 

 


oceń
72
0

Leksykon demokracji stosowanej: część pierwsza-jurgieltnik

wtorek, 12 stycznia 2016 19:15

   W całym tym  ogromnym zamieszaniu dotyczącym naszych obecnych relacji z Unią Europejską, w dyskusjach, przestrogach,  komentarzach, refleksjach, połajankach i pohukiwaniach coraz częściej pojawiają się odesłania i przypomnienia jurgieltników.
   Ponieważ historia nie była ulubioną  nauką poprzedniej ekipy rządzącej można mieć obawę, że znaczna część młodego pokolenia Polaków nie za bardzo kuma o co chodzi, a i starsi Rodacy mogą mieć trudności we właściwym odczytaniu i interpretacji tego z niemiecka brzmiącego terminu. Stąd kilka słów wyjaśnienia.
   Otóż jurgieltnik to dawno zapomniany, lecz wart przypomnienia gatunek Polaków z wyższych sfer, który po raz pierwszy pojawił się w czasach saskich. Jurgielt w dosłownym tłumaczeniu z niemieckiego - płaca roczna, to stała  pensja wypłacana polskim magnatom przez obce rządy za usługi, które jaskrawo kolidowały z polską racją stanu. Stąd jurgieltnik, czyli biorący jurgielt (niem. Jahrgeld) stał się synonimem najemnego zdrajcy i sprzedawczyka. Przy czym fatalna reputacja jurgieltników to raczej efekt krytycznych opracowań historyków, aniżeli opinii publicznej w ówczesnych czasach. Wysokość  jurgieltu stanowiła powód do dumy i przechwałek, świadczyła bowiem o randze i wpływach u obcych mocodawców. Z czasem ta gangrena przeniosła się także na inne stany, a wiadra pełne złotych* i srebrnych rubli, rozdawane na sejmach i sejmikach przez carskich zauszników w zupełności wystarczyły do sterowania Polską, w stronę całkowitej utraty suwerenności. Na pensji u carycy Katarzyny był nawet sam król Stanisław August  Poniatowski (czytaj: Jarosław Marek Rymkiewicz „Wieszanie”).
   Późniejsza surowa ocena jurgieltników, rozciągała się także na postaci wielce dla historii Polski zasłużone. I tak dla przykładu naczelnikowi Kościuszce zarzucano, że po śmierci Katarzyny wypuszczony z więzienia przez jej następcę cara Pawła przyjął od niego skromny upominek w postaci wsi z tysiącem chłopów, karetę z szóstką koni, baterię kuchenną, wyprawę 50 sztuk jedwabnej bielizny, wspaniałą maszynę tokarską i kilka futer.
   A przecież Kościuszko przyjmował te dary ze wstrętem, i co ważniejsze - bez żadnych zobowiązań.  Co więcej, do końca życia twierdził, że jak tylko będzie go na to stać odeśle carowi przynajmniej te kilkanaście tysięcy rubli, uzyskane ze sprzedaży wsi.
   Ten przydługi wywód historyczny przytaczam tu jednak nie po to, aby rozczulać się nad Kościuszką, lecz w celu zachowania czujności. Wprawdzie w naszej młodej demokracji jurgieltników na razie nie ujawniono, ale czy to oznacza, że ich nie było i nie ma pośród naszych posłów, senatorów, ministrów i innych urzędników wysokiej rangi? A może zatem warto, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, zatrzymać się na chwilę i rozejrzeć czy aby niektórzy nie rwą się zbytnio do Brukseli czy Strasburga z podejrzanie wypchanymi kieszeniami oraz imieniem zatroskanej o naszą przyszłość wspólnej Europy na ustach.

 

złoty rubel 1762.jpg

*)-Imperiał, złota dziesięciorublówka carycy Katarzyny II z roku 1762 (11,9 gram czystego złota)


oceń
75
0

Kto tak pięknie gra ?

piątek, 08 stycznia 2016 16:35

 

   Z listy fantów przekazanych na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Pozycja 37. Prezydent Bronisław Komorowski-obraz ( olej na tekturze).Wartość księgowa 1 zł.

 

Gęsiarka.jpg


oceń
77
0

Bankier Polski

wtorek, 05 stycznia 2016 22:48

 

   Pomnik bankiera Polskiego, dar Polonii Amerykańskiej , zostanie niebawem przeniesiony z Chicago na ulicę Wiejską w Warszawie w pobliże Sejmu. Pomnik przedstawia bankiera w cylindrze wyłaniającego się z niebytu. Otacza go splątana sieć bankowych powiązań i interesów tworzących słynne bańki kredytowe, które ostatnio możemy obejrzeć na ekranie w filmie "Big Short".

   Autorem monumentu jest Leo Grapenn-Tyrmand, wnuk Leopolda Tyrmanda, polskiego pisarza i bikiniarza, który wyemigrował z kraju do Ameryki w czasach wczesnego Gomułki z sześcioma dolarami w kieszeni i nie odniósł tam sukcesu na miarę swojego talentu. Transport pomnika sfinansuje prawdopodobnie  partia "Nowoczesna" z kredytu zaciągniętego na kampanię wyborczą.

   Na granitowej podstawie pomnika umieszczony zostanie napis: BANKIEROM POLSKIM  NARÓD WDZIĘCZNY PO OSTATNIĄ RATĘ KREDYTU FRANKOWEGO

 

Bankier.JPG


oceń
73
0

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  170 371  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Komentarz do aktualnych wydarzeń społecznych, politycznych i obyczajowych w kraju, regionie, mieście, zagrodzie.

O mnie

Andrzej Szmak - absolwent wydziału prawa UMK w czasach wczesnego Gierka, zbrojarz-betoniarz (Ramdi- Irak),dziennikarz (ITD, Przegląd Tygodniowy, Wprost, Przegląd Sportowy, Polskie Radio, Polska Kronika Filmowa,dyrektor programowy TVP w Bydgoszczy za kadencji Brunatnego Roberta), urzędnik XVIII rangi, dyrektor Biura Toruńskiego Centrum Miasta.W poprzednim wcieleniu - Andreas Schmack, burgrabia i prezydent Chełmna (dawniej Culm) w latach 1676-92.
Medali wojennych brak, ważne odznaczenia ministerialne:"zasłużony dla kultury polskiej".
http://twitter.com/aszmak

Statystyki

Odwiedziny: 170371

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl