Bloog Wirtualna Polska
Są 1 260 303 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Festiwal Piosenki i Ballady Filmowej, Toruń 2017

środa, 17 maja 2017 18:51

 

 

Program VIII edycji Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej

 

25 maja 2017 r. (czwartek), godz. 19.00

CKK „Jordanki”

Koncert otwarcia Festiwalu

Teatr Syrena, spektakl muzyczny „Kariera Nikodema Dyzmy”

 

26 maja 2017 r. (piątek), godz. 14.00-20.00

Teatr „Baj Pomorski”

Przegląd Konkursowy

Jury Przeglądu Konkursowego: Krzesimir Dębski (przewodniczący), Alona Szostak, Aniela Hebel-Szmak, Magdalena Wojewoda-Mleczko (RMF Classic), Bartosz Chajdecki.

 

26 maja 2017 r. (piątek), godz. 21.30

Teatr „Baj Pomorski”

Quartet Macedonico-Skopje 

Koncert bałkańskiej muzyki filmowej „BAL-KAN-KAN“

Po zakończeniu koncertu ogłoszenie wyników Przeglądu Konkursowego

 

27 maja 2017 r. (sobota), godz. 20.30

CKK „Jordanki”

Koncert Galowy Festiwalu

Prowadzenie: Alona Szostak i Krzysztof Respondek

Wykonawcy: Katarzyna Kołeczek, Izabela Szafrańska, Dorota Lanton, Ola Bieńkowska, Sebastian Machalski, Grzegorz Daukszewicz, Wojciech Brzeziński, Quartet Macedonico, kwartet wokalny „The Gingers” oraz laureaci Przeglądu Konkursowego

Toruńska Orkiestra Symfoniczna pod dyrekcją Krzesimira Dębskiego

Sekcja muzyczna Piotra Dąbrowskiego

Scenariusz i realizacja koncertu: Andrzej Szmak

 

 plakat 2017.jpg


oceń
5
0

Znajomy stukot sabotów

piątek, 28 kwietnia 2017 13:19

 

 

 

   Zmarł Zdzisław Pietrasik, krytyk filmowy, publicysta, redaktor, znacząca postać nie tylko dla polskiego kina, ale i całej polskiej kultury, od lat związany z redakcją „Polityki”. Pomijam pojawiające się przy jego nazwisku przymiotniki: wybitny, charyzmatyczny, świetny, wyrazisty, uwielbiany, bo pewnie by sobie ich nie życzył.

   Koledzy z „Polityki” napisali, że  reprezentował ginący gatunek inteligenta wiodącego polską kulturę w szerokiej perspektywie, on zaś sam o sobie powiedział, że jest przedstawicielem pokolenia, które urodziło się  za późno (1947 r.) na rozklejanie afiszów wyborczych „Solidarności” i za wcześnie, aby zadomowić się w III RP.

(„Jacy byliśmy świetni, możemy się dzisiaj dowiedzieć jedynie z nekrologów zmarłych przedwcześnie kolegów.”)

  Na portalu „Polityki” znajdziemy rozwinięcie wstrzemięźliwej wzmianki, powielanej  w internetowych przekazach o jego śmierci  dotyczącej pierwszych lat pracy w zawodzie dziennikarskim: „publikował m.in. w piśmie studenckim ITD.”

   Otóż nie tylko publikował, ale był od początku lat 70-tych  członkiem zespołu redakcyjnego, sekretarzem redakcji, zastępcą redaktora naczelnego, wreszcie redaktorem naczelnym pisma w ostatnich burzliwych miesiącach pierwszej „Solidarności”, choć do stanu wojennego już nie dotrwał, odwołany ze stanowiska  we wrześniu 1981 roku i zastąpiony przez  młodego, dynamicznego  szefa komisji kultury zrzeszenia studenckiego Aleksandra Kwaśniewskiego.

   ITD to nie było jakieś tam studenckie pisemko,  ale największy w Europie kolorowy tygodnik studencki o ponad 100-tysięcznym nakładzie i znakomitej (od przełomu lat 70/80) szacie graficznej nawiązującej do  zlikwidowanego kultowego miesięcznika „Ty i Ja”.

  „Samo pismo było trochę klubem towarzyskim, trochę instytucją. Formalnie organ Zrzeszenia Studentów Polskich, w istocie – pierwsza praca i przystań najzdolniejszych dziennikarzy młodego pokolenia. Trampolina do wielu karier. Jak cała prasa, „ITD” objęte było państwową cenzurą, w praktyce – miało trochę większy margines swobody. Studencka kultura to też był fenomen, jak samo „ITD” także ona była wentylem i przystanią: młody teatr zwany otwartym, amatorskie kino na zawodowym poziomie, kabarety, piosenka, poezja, no i festiwale, ze słynną coroczną letnią FAMĄ w Świnoujściu, piosenką w Krakowie i teatrem we Wrocławiu. Wszystko to falowało w rytm politycznych przesileń dekady lat 70., raz było lepiej, raz gorzej, luzowano, to przykręcano oficjalną śrubę.

  Redakcja ITD była mała i bardzo zżyta. Jaki był Zdzisław? Najlepiej świadczy o tym epizod z krótkiego festiwalu „Solidarności”, po Sierpniu 1980 r. redakcja, na fali wolności i uniesień, pozbyła się wspólnie redaktora naczelnego, marksisty. Nowym, w powszechnym głosowaniu, został jednogłośnie wybrany Pietrasik. Euforia Solidarności trwała krótko, od góry czuł presję władzy, od dołu – kolegów. W wywiadzie, jakiego udzielił „Tygodnikowi Solidarność”, wspominał, że „ITD” było jak dziecinny pistolecik, który chciał strzelać.”   (portal Polityka.pl)

  Tyle koledzy z „Polityki”. Dodajmy, że tym naczelnym marksistą był red. Wojciech Furman, ściągnięty na zastępcę  z Rzeszowa, matecznika  słynnego w PRL-u szefa związków zawodowych Władysława Kruczka, przez poprzedniego naczelnego ITD Józefa Węgrzyna, któremu pismo zawdzięczało (ku zaskoczeniu całego zespołu) rewolucję graficzną, Telewizja Polska „Teleexpress”,  „Panoramę” i „Wiktory” oraz produkcję programu „Jaka to melodia”, a Warszawa jesienny maraton.

   Wojtek Furman był delikatnie mówiąc dziennikarzem nijakim,  pasującym do zespołu ITD, jak wół do karety, ale człowiekiem z gruntu dobrym, przypominającym czarny parasol, który z upodobaniem nosił. Nic się złego nie działo, dopóki był zwinięty. Pech  Furmana polegał na tym, że trafił na czasy, kiedy  parasole porywał wiatr dziejów, a jego samego historia zmiotła ze stołka naczelnego, zanim się zdążył zorientować, o co chodzi.

  Jaki zatem był Zdzisław w tamtych latach „burzy i naporu”? Pamiętam posiedzenia kolegium redagującego „Plebeya” samorządnego i  niezależnego miesięcznika społeczno-pornograficznego, skandalizującego satyrycznego dodatku do ITD.

  Raz w miesiącu do Warszawy zjeżdżał ze Śląska guru i naczelny ilustrator dodatku  Andrzej Czeczot. Rezydował przez dwa dni na koszt redakcji w „Hotelu Europejskim”. Tam schodzili się wszyscy, którzy mieli lub też chcieli mieć  w „Plebeyu” coś do powiedzenia. To był satyryczny sabat czarownic, w  którym obok Czeczota uczestniczyli, Dudziński, Waniek, Goebel, Krauze, Zębaty, Kreczmar, Rybiński, Friedman, bywał chyba  nawet Kutz (autor anonimowego jadowitego pocztu reżyserów polskich) o osobach towarzyszących, także zupełnie przypadkowych, nie wspomnę. (Kto miał kiedykolwiek w ręku numer słynnego francuskiego skandalizującego pisma satyrycznego „Harakiri”, to może sobie wyobrazić atmosferę tych spotkań.)

  Tak wysmażony, piekielnie zjadliwy, satyryczny pasztet  lądował następnie razem z Czeczotem,  Rybińskim i Goeblem w gabinecie redaktora naczelnego ITD Zdzisława Pietrasika na 7 piętrze wieżowca przy ulicy Wroniej, gdzie był poddawany ostatecznej obróbce, przed skierowaniem jeszcze nie do druku, ale do cenzury. Towarzyszyły temu karczemne awantury, rwanie włosów, kabalistyczne zaklęcia, powoływanie się na ideologów wszystkich możliwych nurtów filozoficznych i politycznych, nawoływania do zachowania umiaru, próby studzenia artystycznych i publicystycznych emocji. Wszystko po to aby, kolejny numer „Plebeya” wrócił z cenzury możliwie jak najmniej  posiekany i wykastrowany.

  I to się udawało, głównie dzięki Zdzisiowi, który potrafił zapanować nad całą tą artystyczno –publicystyczną erupcją dzięki takim cechom jak wrodzone umiejętności mediacyjne, specyficzne poczucie humoru, subtelna ironia, trzeźwe, ale nie kunktatorskie spojrzenie na rzeczywistość , wreszcie jakieś wewnętrzne ciepło, które rozbrajało nawet najbardziej zapiekłych rewolucjonistów.

  Ukazało się pięć albo sześć numerów „Plebeya”, przez wiele lat można je było kupić na bazarze w Rembertowie w cenie dalekiej od umiarkowanej. Niedawno zadzwonił do mnie ktoś z Biblioteki Narodowej, że poszukują  brakujących numerów i pytał, gdzie można je zdobyć. Nie wiem, chyba nigdzie.

  Od tamtego czasu minęło prawie czterdzieści lat, czterdzieści lat od dnia, w którym Zdzicho Pietrasik – naczelny ITD poszedł na naradę do Wydziału Prasy Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w podkoszulku pod marynarką , drewnianych sabotach i znaczkiem "Solidarności" w klapie . I tak stukał tymi sabotami po korytarzach Komitetu, że  poirytowani towarzysze postanowili go bezzwłocznie zdjąć ze stanowiska, żeby im już nigdy więcej nie hałasował.

  Teraz Zdzisio może  sobie chodzić w sabotach do woli,  może znowu spierać się o dziejową rolę satyry  z Andrzejem Czeczotem, Maćkiem Rybińskim i wszystkimi związanymi  kiedyś z ITD postaciami, którzy są już po tamtej stronie i którym stukot sabotów Zdzisia nigdy nie przeszkadzał.

Andrzej Szmak ITD   1977-1981


oceń
11
0

My jesteśmy jacyś inni

środa, 05 kwietnia 2017 11:40

 

   Posłanka  Nowoczesnej JSW,  autorka słynnego zawołania „Dość dyktatury kobiet!” ujawniła niedawno, że  posłowie jej partii są inni, mówią inaczej, inaczej patrzą na świat a nawet inaczej wyglądają. Rodzi to podejrzenie, że Petrulowcy, tak dalece różnią się od pozostałych parlamentarzystów i obywateli, że być może w ogóle  nie są ludźmi tylko cyborgami. Pytanie tylko czy w wersji sztucznych tworów wyposażonych w ludzki mózg, czy ukrytej w ludzkim ciele sztucznej inteligencji? Sądząc po wypowiedziach posłanki JSW w grę wchodzi raczej ten pierwszy wariant.

  Tym, którzy wątpią w istnienie cyborgów w naszym parlamencie  polecam film „Ghost in the Shell” ze Scarlett Johansson w roli policjantki major Motoko Kusangi, cyborga z ludzką inteligencją. Jest to fabularna wersja kultowej japońskiej mangi (komiksu)  w której aż roi się od dylematów dotyczących istoty ludzkiej egzystencji, począwszy od pytania  co oznacza być człowiekiem i kim byliśmy w przeszłości  a kim jesteśmy teraz.

  Bohaterów mangi wyróżniają  charakterystyczne duże oczy i często nienaturalny kolor włosów. Poniżej prezentujemy  posłankę JSW w konwencji mangi. A co się tak naprawdę za tym wcieleniem  kryje pewnie   dowiemy się niebawem.manga.jpg


oceń
24
1

Dostał Broniarz elementarz

piątek, 31 marca 2017 9:10

 

   Idzie wiosna, w Paryżu strajkują emeryci. Najniższe emerytury wynoszą we Francji trochę powyżej tysiąca euro i za to nie da się żyć.

   W Polsce strajkują nauczyciele, nie będą prowadzić lekcji  a kucharki w przedszkolach nie będą przedszkolakom gotować. A  przedszkolak głodny to przedszkolak  zły,  nie wiadomo co takiemu może przyjść do głowy.

   Uczniowie   zamiast lekcji będą mieli pogadanki obywatelskie, na których strajkujący nauczyciele będą wyjaśniać, dlaczego strajkują i dlaczego obecna reforma oświaty jest do dupy, a wcześniejsza do dupy nie była.

 Natomiast w szkołach, których nauczyciele strajku nie popierają, też będą pogadanki obywatelskie na których nauczyciele będą uczniom wyjaśniać, dlaczego obecna reforma oświaty do dupy nie jest a poprzednia była jak najbardziej.

 Pan Przewodniczący ZNP Broniarz apeluje do rodziców aby w ogóle nie posyłali  dzieci  na lekcje, zwłaszcza do tych szkół, które nie strajkują, co jest o tyle zrozumiałe, że większość szkół jednak nie strajkuje a przecież strajk w tych szkołach nie może przejść bez echa.    Pan Przewodniczący Broniarz doskonale rozumie, że  nauczyciele powinni być dla uczniów a nie odwrotnie, ale co zrobić, zwłaszcza kiedy na Przewodniczącego Broniarza naciska kadra nauczycielska, pewnie głównie ta, która pojawiła się w szkołach po likwidacji komitetów partyjnych i służby bezpieczeństwa. W odróżnieniu od wielu innych zawodów, środowisko nauczycielskie po 90 roku nie tylko  się nie oczyściło, ale wręcz zamuliło komunistycznymi złogami.

 Oczywiście gdyby strajkujący nauczyciele  zarabiali z grubsza  przynajmniej tyle, ile wynosi najniższa emerytura w Paryżu, może by nie sięgali po tak drastyczne formy protestu i nie wciągali w to uczniów. Wówczas paryscy emeryci byliby w swoim proteście osamotnieni. Niestety, na to  na razie  raczej się nie zanosi.


oceń
27
2

Zarządzenie nr 11

piątek, 17 marca 2017 8:26

 

 

 

 

Pamięci Andrzeja Florkowskiego, człowieka wolnego

 

   Zapadał wieczór. Docent Cezary Korbiela siedział  na bulwarze nad rzeką i popijał tanie  czerwone wino australijskie prosto z butelki. Zagryzał świeżo wędzoną makrelą, bo bardzo lubił wędzone makrele. Przypominały mu one dawne czasy i pobyty nad morzem w miejscowości wypoczynkowej U., gdzie miał narzeczoną, córkę miejscowego prokuratora. Prokurator raczej go nie lubił, za to żona prokuratora jak najbardziej. Zawsze kiedy pojawiał się w U. czekał na niego półmisek świeżo wędzonych makreli, za którymi Docent Korbiela wówczas nie przepadał. Wolał   stek z polędwicy, średnio wypieczony z dodatkiem pieczarek i skropionej oliwką cykorii. Albo zwykły mielony wielkości kuli armatniej. Co do narzeczonej długo nie mógł się zdecydować, tak że wydała się w końcu za kapitana żeglugi wielkiej i przez wiele lat przysyłała mu kartinki  z różnych egzotycznych zakątków świata. Kiedy przestała je przysyłać Docent Korbiela pomyślał sobie, że pewnie  zatonęła wraz z kapitanem i jego statkiem gdzieś w przepastnym oceanie i nawet mu się trochę zrobiło żal. Nie był jednak pewien czy żal mu było narzeczonej, z którą tak lekkomyślnie się rozstał, czy też może nadmorskiej miejscowości U., którą lubił odwiedzać, zwłaszcza późną jesienią, senną i melancholijną, targaną morskimi wiatrami, zdecydowanie opustoszałą i przegraną. Brał wówczas psa prokuratora, okazałego owczarka alzackiego i spacerował z nim godzinami po plaży, nie myśląc specjalnie o niczym na tyle ważnym, aby trzeba było o tym pamiętać po latach. Ale to było dawno. Teraz Docent Korbiela był już stary i nawet trudno mu było przypomnieć sobie, kiedy właściwie polubił wędzone makrele. Makrele polubił, ale do U. nigdy już więcej nie pojechał bo i po co.

   Tak więc Docent Korbiela siedział nad rzeką, popijał australijski shiraz z bacznie przyglądającym mu się kangurem na etykiecie i  zagryzał makrelą zakupioną  w jednym z ekskluzywnych sklepów spożywczych  sieci „Piotr i Paweł”. W pobliżu płonęła słynna w latach późnego Gomułki kawiarnia „Zamkowa” cudo socjalistycznej architektury masakrujące pozostałości po miejscowym zamku krzyżackim. W zapadającym zmierzchu płomienie efektownie a nawet efekciarsko strzelały ponad średniowieczne mury, na których kawiarnia była osadzona niczym stara purchawka. Z oddali dochodziło zawodzenie wozów strażackich i  jakieś pokrzykiwania, ale Docent Korbierla był pewien, że „Zamkowej” nic już nie uratuje i odetchnął z ulgą pociągając  spory łyk wina, które zaczęło mu nawet smakować. Po chwili wyciągnął się wygodnie na betonowym stopniu bulwaru i zaczął w myślach układać strofy:

Mijają dni, mijają lata ,/ nic się nie splata i nie rozplata./  Nikt nie pamięta co było wczoraj, / minęła dawno właściwa pora./ Nie widać twarzy,/ nic już nie widać,/ na się twarze tu mogą przydać.

   Obok Docenta Korbieli usiadł wysoki mężczyzna dość dobrze ubrany w towarzystwie czarnego kota. W kocie nic właściwie Docenta nie zdziwiło, poza tym, że był wielkości mężczyzny i miał na szyi wysadzaną kryształkami Sworowskiego drogą obrożę z certyfikatem jakości ISO a na łbie zielony kapelusik z piórkiem. Ale widać i takie koty się trafiają-pomyślał Docent i poczęstował kota makrelą. Nie odmówił. Nawet się przedstawił:- Laureat jestem Nagrody Głównej-powiedział po niemiecku po czym szybko szepnął Docentowi na ucho:-Da liegt der Hund begraben-.

-Ja, ja, alles beim alten- uprzejmie aczkolwiek bez przekonania odpowiedział Docent i zamilkł.

   "Zamkowa” jeszcze się dopalała, kiedy Docent Korbiela sturlał pustą butelkę po winie w stronę rzeki i zamknął oczy. Po raz ostatni pomyślał o narzeczonej, córce prokuratora z U., która pewnie spoczywa gdzieś w otchłaniach Morza Sargassowego i o makrelach, które polubił zdecydowanie za późno. Po czym zasnął.

 Miejskie służby porządkowe znalazły go nad ranem zwiniętego w kłębek i postąpiły zgodnie z zarządzeniem Prezydenta Miasta nr 11. Sprawnie i dyskretnie.

   Zielonego kapelusika z piórkiem nikt nie zauważył.

                                *             *             *

   Na uroczystości pogrzebowej  Docenta Korbieli doszło do niepokojących wydarzeń.W kaplicy cmentarnej wiszący nad urną z prochami Docenta Orzeł Biały przemówił ludzkim głosem po aramejsku, mistrz ceremonii cytował Herberta, a podczas składania urny do grobu runął z trzaskiem wiekowy krzyż na sąsiedniej mogile. W ulubionym nocnym barze  Docenta Korbieli "Zezowate szczęście" postawiony na blacie kieliszek z zapalonym spirytusem zgasł dopiero nad ranem nie zmniejszając zawartości. Niewykluczone, że to jeszcze nie koniec.

 

D.jpg

 


oceń
35
1

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  170 324  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Komentarz do aktualnych wydarzeń społecznych, politycznych i obyczajowych w kraju, regionie, mieście, zagrodzie.

O mnie

Andrzej Szmak - absolwent wydziału prawa UMK w czasach wczesnego Gierka, zbrojarz-betoniarz (Ramdi- Irak),dziennikarz (ITD, Przegląd Tygodniowy, Wprost, Przegląd Sportowy, Polskie Radio, Polska Kronika Filmowa,dyrektor programowy TVP w Bydgoszczy za kadencji Brunatnego Roberta), urzędnik XVIII rangi, dyrektor Biura Toruńskiego Centrum Miasta.W poprzednim wcieleniu - Andreas Schmack, burgrabia i prezydent Chełmna (dawniej Culm) w latach 1676-92.
Medali wojennych brak, ważne odznaczenia ministerialne:"zasłużony dla kultury polskiej".
http://twitter.com/aszmak

Statystyki

Odwiedziny: 170324

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl